poniedziałek, 22 stycznia 2018

Nie ma jak Tatry- 2002 rok

        2002 rok. To była krótka wycieczka. Zaplanowano zaledwie cztery dni. Dla tych, co już byli miały być nowe miejsca. Nam zaczął się śnić Giewont. Nowicjusze – tradycyjnie.
Zmieniono też zakwaterowanie. Już nie wagon ale pensjonat na Harendzie. To też Zakopane, ale daleko od centrum. Na aklimatyzację była Dolina Kościeliska. Miejsca już znane, ale w innym spojrzeniu, coś nowego zauważone, w innych barwach.


             Potok Kościeliski jednak ten sam.


           Przed obiadokolacją zawitaliśmy jeszcze pod skocznie. Wieczorem poszłyśmy zwiedzać Harendę. Stary kościółek, Mauzoleum J. Kasprowicza. Zdjęcia kapliczki przydrożnej nie zrobiłam. Na drugi dzień pojechaliśmy do jaskiń Bielskich.



           Była też powtórka ze Szczyrbskiego Jeziora. Niestety była straszna mgła i prawie brak widoczności, a nam popsuł się aparat. Zatem ze zdjęć mgły tzw. nici.
Kolejny, trzeci dzień obudził nas pochmurny i zamglony. Deszcz tylko wisiał. W planie był nowy szlak przez Rusinową Polanę, Kaplica Matki Boskiej Jaworzyńskiej, Gęsia Szyja. Nie miałam pojęcia gdzie to jest. Mapa sobie spokojnie leżała w domu. Nigdy do niej nie zaglądałam.           Mieliśmy tylko nadzieję, że pogoda zmieni się na lepsze. Wyruszyliśmy więc w drogę. Było nas niewielu. Z naszym pilotem komplet do busa. Reszta pojechała nad Morskie. Byliśmy już za Bukowiną Tatrzańską, a mgła robiła się coraz gęstsza. Zaczęło siąpić. Nie było innej rady jak tylko zrezygnować. Drogą Oswalda Balzera pojechaliśmy do Jaszczurówki, a następnie do Kuźnic. Stamtąd do samotni Brata Alberta. Niestety znowu brak zdjęć. W Kuźnicach była kawa i szarlotka, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy najstarszej chacie –TEA.
     Do wieczora było dużo czasu. Zwiedzaliśmy muzea, galerie. Byliśmy w Atmie – willi Karola Szymanowskiego gdzie słuchaliśmy jego muzyki i mieliśmy nadzieję, że następnego dnia będzie już dobra pogoda.
       Niestety, następny dzień był taki sam. Giewont, z Równi Krupowej, był tak samo widoczny jak w czasie deszczu i mgły z balkonu naszego mieszkania. Wybraliśmy więc dolinę Strążyską. Na zdjęciu wijący się potok i Trzy Kominy.



            Było wilgotno i ciepło. Na polanie Strążyskiej zrobiliśmy chwilę postoju. Na lewo prowadził czarny szlak do Kalatówek, a na prawo można iść na Giewont. Byłam nieszczęśliwa, że nie mogłam skorzystać z żadnego. Musieliśmy też uwierzyć na słowo, że w górze jest Giewont. Podeszliśmy jedynie do Siklawicy….


… i wróciliśmy do wylotu doliny. Widok z polany Strążyskiej w kierunku północnym też jest uroczy.


Potem drogą pod reglami pod skocznie…


      …i do Zakopanego.  Krzeptówki, zakupy na Krupówkach, Pęksowe Brzysko


 i pakowanie się do domu. Pozostał niedosyt, a może żal, że nie udało się zrealizować planu. Pogoda była straszna. Wtedy nie wiedziałam, że może być jeszcze gorzej.
           Po powrocie do domu poszły w ruch książki o górach, albumy i wreszcie zrobiłam użytek z mapy. Szukałam dróg którymi chodziliśmy i tak się zaczęło na dobre.

Brak komentarzy:

"Pięć Stawów. Dom bez adresu." - Beata Sabała _ Zielińska

             Książkę dostałam w imieninowym prezencie. Do życzeń Asia dodała " nie może Mahomet do góry, to góra przyszła do niego, cho...