wtorek, 23 stycznia 2018

Nowa jakość , marzec 2011

           Góry zawsze dla mnie oznaczały wędrówki. Odkrywanie nowych widoków po wejściu na szczyt to było to, co uwielbiałam. Ten wyjazd to było coś zupełnie nowego. Odkrycie nowych wrażeń. W grudniu stanęłam po raz pierwszy na nartach. Intensywna nauka, po to by w styczniu pojechać w Alpy. Byłam kiedyś latem w Alpach szwajcarskich. Tym razem włoskie dolomity. Paganella.
              Wyjechaliśmy w piątek po południu. Noc w autokarze. Na miejscu mieliśmy być po południu w sobotę. Dla mnie sennie, bo tak najczęściej spędzam przejazdy, ale co nieco na trasie też rejestruję. Zwłaszcza jak już zaczną ukazywać się moje ulubione góry.


 
                  Udało mi się nie spać, kiedy mijaliśmy Insbruk, więc skoczni, gdzie skakał Małysz nie przegapiłam.


           Jechaliśmy na narty, a im bliżej celu, to było coraz mniej śniegu. U podnóża Paganelli była właściwie wiosna. Tylko wysoko, na stokach trasy zjazdowe na nas czekały.   W dniu przyjazdu, sprawy organizacyjne i spacer po Fai Della Paganella.




            Widok na charakterystyczną górę intrygował i trochę niepokoił, ale nie bałam się. Następnego dnia miałam ją poznać z bliska.


         I poznałam. Pierwszy zjazd, 1.600 metrów, ostrożnie, w miarę wolno i OK. Potem włączyłam prędkość i okazało się, że nachylenie stoku przy moich umiejętnościach i nabranej prędkości nie było zbyt dobrym zestawieniem. Upadek, ale w miarę kontrolowany, bo bez urazów, pozbieranie się i dalej w dół. Oczywiście na nartach. W kolejnych czterech razach było identycznie. Zawsze to samo miejsce, gdzie ” łapałam zające”, aż wreszcie przejazd bez upadku i tak już pozostało na tej trasie do końca. Przez pierwsze dni liczyłam, codziennie było po czternaście zjazdów, po 1 600 metrów. Potem doszły inne trasy, po 1200 – 1300 metrów, ale też 2900. Były też czerwone, czyli o większej trudności. To się chyba nazywa średnio trudna. Tylko pierwszy zjazd na takiej był z wywrotką. Limit wykorzystałam w pierwszym dniu, więc potem było super.






              Sześć dni na stoku. Pełne słońce, niewielki, bo 3 stopniowy mrozek. Wyciągi w górę, narty w dół. Przystanki na posiłek w knajpkach przy trasach zjazdowych i oczywiście podziwianie widoków. Charakterystyczne szczyty dolomitów, małe miasteczka w dolinach przepasanych rzekami jak wstążką.
     



































        Ze szczytu Paganelli / 2125 m n.p.m/ widoczne było jezioro Garda. To to na drugim planie, to wielkie.
 
        Zjechaliśmy też do Andalo. Po raz pierwszy wyciągiem, potem już na nartach.





 
            I jakże swojskie widoki, przypominające te w naszych Tatrach.


   
          Chwilami wydawało się, że to już nie jest zima. Tak było w niższych partiach. Taki widok gór o wschodzie słońca, a był taki codziennie, też próbuje przeczyć zimie.


           Poznałam nowy kawałek Alp. Poznałam nowe doznania związane z górami. Oznacza to, że są one mi bardziej drogie. Za rok chcę tam wrócić, ale póki co mogę wspominać.

Brak komentarzy:

"Pięć Stawów. Dom bez adresu." - Beata Sabała _ Zielińska

             Książkę dostałam w imieninowym prezencie. Do życzeń Asia dodała " nie może Mahomet do góry, to góra przyszła do niego, cho...