poniedziałek, 22 stycznia 2018

Nowy kierunek-1999 rok

      Długo wspominaliśmy wyjazd z 1996 roku. W kolejnych wakacjach chcieliśmy to powtórzyć. Gdziekolwiek. Najlepiej w nowe miejsce. Może Sudety? Tak też postanowiliśmy.
      W kwietniu zmieniłam pracę. Nowe miejsce, nowe terminy. Nie było mi po drodze z grupą chętnych na wyjazd. Do tego doszła powódź. Ostatecznie zrezygnowałam z wyjazdu. Za rok znowu nie udało mi się dołączyć do znanej mi grupy. Oczywiście miała to być wycieczka wagonowa. Zresztą o organizowaniu innych, po Polsce, też nie wiedziałam. Chęć wyjazdu była tak wielka, że zaświtała myśl – sami to zorganizujemy. Namiary do naszego pilota były. Tylko zgromadzić grupę, obrać kierunek i wyjeżdżamy. Był 1999 rok. Asia pomagała w naborze. Zabrała koleżanki z klasy.
Ponieważ, ja zajęłam się organizacją, to cel wyprawy obrałam pod własne zainteresowania. Sudety. Tam jeszcze nigdy nie byłam. Nasz pilot dorzucił jeszcze kilka miast i powstał plan do zrealizowania. Niestety ze zgromadzeniem odpowiedniej liczby chętnych osób nie było wcale łatwo, pomimo że oprócz gór była Praga, Wrocław, Kotlina Kłodzka, Kraków i Pieskowa Skała.
Pierwsze kroki w Sudetach poczyniliśmy w Adrsparskich Skałach w Czechach. Formy, które te skały przybrały są jak rzeźby. Posiadają kształty, które mają swoje nazwy.


  
          Nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Pływaliśmy też po jeziorku, do którego podchodziliśmy jak po schodach. – Ciekawe, że woda z niego nie wyciekła :-)
Teren owego „skalnego miasta” był dość rozległy, a różnorodne rzeźby skalne zaskakiwały. Szkoda że, po nocnej podróży, byliśmy zmęczeni i grupa nie wszędzie chciała pójść.
         W którymś z kolejnych dni zaplanowaliśmy Śnieżkę. Niestety, rano nasz pilot oznajmił, że, ze względu na nocną ulewę jest zbyt ślisko i niebezpiecznie. Musiał być wariant zastępczy.
Pojechaliśmy do Karpacza, do świątyni Wang.


       Stamtąd obraliśmy kierunek do Samotni. Było zimno. Siąpił deszcz i wiał silny wiatr. Widoki nie przyprawiały o zawrót głowy, ale to też były góry. Inne niż Tatry, ale góry.


  
            Gdyby pogoda była ładniejsza, to i tu byłyby ciekawiej. Żałowaliśmy, że nic nie wyszło ze Śnieżki. Warunki jak na połowę sierpnia, nie były zachęcające. Tym razem nie byliśmy zmęczeni, ale zziębnięci i zmoczeni. Coś gorącego w schronisku dodało sił.  Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną.


            Kiedy na chwilę wyjrzało słońce, humory zaraz się poprawiały. Zwłaszcza, że w oddali była widoczna Śnieżka, która niestety musiała poczekać.
             Kolejnym etapem wyprawy po Sudetach były Góry Stołowe. Pogoda tego dnia była już znacznie lepsza, co znacząco wpływało na widoczność. Można było popatrzeć na stronę Czeską.


           My ruszyliśmy do Błędnych Skał. Wąskie , ciemne labirynty z kamieni poukładanych, jak gdyby je ktoś tutaj przyniósł i wzniósł oryginalne budowle. Po wyjściu, przyjemnie jednak było pogrzać się w słońcu. Tym razem stacjonowaliśmy na bocznicy w Jeleniej Górze. Była to chyba najlepsza z bocznic kolejowych. Cicha, mały ruch. Mogliśmy nawet robić „ognisko” – grilla. Było wesoło. Sudety poznaliśmy chociaż troszeczkę.

Brak komentarzy:

"Pięć Stawów. Dom bez adresu." - Beata Sabała _ Zielińska

             Książkę dostałam w imieninowym prezencie. Do życzeń Asia dodała " nie może Mahomet do góry, to góra przyszła do niego, cho...