poniedziałek, 22 stycznia 2018

Słoneczny wrzesień - 2007 rok

         Wyjazd odkładany jak nigdy dotąd. Urlop już się rozpoczął, a wieści pogodowe były straszne. Miejscami mówiono o zagrożeniach powodziowych. Z kamer internetowych gór nie było w ogóle widać. Gdyby nie rezerwacja i wpłata w „Annie”, pewnie z wielkim żalem, ale zrezygnowałabym z wyjazdu. Stało się jednak inaczej .
          Z pięciodniowym opóźnieniem i wielką nadzieją, we wtorkowy, późny wieczór wyruszyliśmy. Z przerwą na Pieskową skałę i Ojców, wieczorem następnego dnia dotarliśmy do Zakopanego. Pomimo, że przez cały dzień było pogodnie, wieczorem w Zakopanem padało. Pozostała nam jedynie nadzieja na lepsze jutro. Została ona spełniona. Pomimo że ranek był zimny, pochmurny i mglisty, ale nie padało, więc wyruszyliśmy. Busem do doliny Strążyskiej, dalej wędrówka, a może raczej spacer ścieżką pod reglami w kierunku Kościeliskiej.


   
                 Poszliśmy też doliną za Bramką, szlakiem, wzdłuż strumienia, podziwiając różne formy skalne.
    




            Dalej wstęp był już wzbroniony. W zlewisku z dwóch strumieni „kąpały się” piękne kamienie.


                Cisza i spokój, tylko „grająca woda” i wszędzie zatrzęsienie grzybów.




             Po wyjściu z dolinki czekał na nas biały urwis, zaglądający do plecaków i skory do wspólnych fotek..




     Pomimo obaw pierwszy dzień był udany. Nie padało. Po aklimatyzacji w pierwszym dniu, drugi miał być ambitniejszy. Jak bardzo, miało się okazać w drodze. W planach była Chochołowska i szlak papieski. Mnie korciło więcej. Do schroniska droga jest łatwa, zwłaszcza jeśli skorzysta się z „Rakonia”. Stąd widok na Kominiarski Wierch, polanę  i kierunek w dolinę Jarząbczą.





       Pogoda zrobiła się idealna. Na szlaku papieskim brak już napisów ułożonych z kamieni, rozmyła je pewnie spływająca woda. Zamiast tego, grzybny urodzaj i czerwone jarzębiny kłaniające się górom, a może wodzie, która jest chyba bardziej rwąca niż poprzednio.





            Chwila zadumy w miejscu , do którego w czerwcu 1983 roku dotarł Papież……


          …….i ruszamy dalej. Marek jeszcze nie wie dokąd, a ja mam nadzieję, że na Trzydniowiański Wierch. / 1.758m n.p.m /. Z miejsca, w którym jesteśmy, nie widać go, ale to lepiej. Wysokość mogłaby zniechęcić. Oczywiście nie mnie.







            Cudowne widoki na doliny Jarząbczą, Starobrociańską i Chochołowską, szczyty posypane śniegiem i ta daleka przestrzeń. Stąd widoczny jest nawet słowacki Rochacz.
            Zejście przez Kulawiec i Krowi Żleb monotonne i dość uciążliwe, ale lepsze do zejścia niż drogi w górę. Po długiej wędrówce szlakiem, jeszcze piechotą z Zakopanego do „Anny”. Bardzo udany dzień, a lepszej pogody nie można sobie nawet wymarzyć.
         Kolejny trzeci dzień ma być trochę łatwiejszy, zwłaszcza, że rano pada lekki deszczyk. Jedziemy do Jaszczurówki. Na mojej mapce pozostaje nie zakreślona dolina Olczyska. Do Olczyskiej Polany to raczej spacerek, tyle że pokrapiany deszczem. Dalej w kierunku Kopieńca, nie jest już tak łatwo. Ciągle pod górę .  Nachylenie ponad 45 stopni, ale dobrze, że przestało padać.



             Na Kopieńcu już byłam, więc tym razem przejdę się polaną pod Kopieńcem. Niedawno musiały tutaj paść się owce. W szałasach jeszcze pachniało dymem.





               Na niebie chmury, przez które przebijały się ośnieżone szczyty.  Powrót do Toporowej Cyrhli i drogą Oswalda Balzera w kierunku Zakopanego. O tej porze roku łatwo zatrzymać busa, ale przedtem jeszcze fotki z tego miejsca.
  


        Z busa wysiedliśmy przy hotelu Imperial, do „Anny” stąd niedaleko. Kąpiel, krótki odpoczynek i na Krupówki. Tym razem bywamy tam codziennie, chociażby w drodze powrotnej ze szlaku.
Zanim wyruszyliśmy widok z balkonu był jeszcze dobry, potem zaczęły nachodzić mgły.
 



     Z Gubałówki widok był zasłonięty mgłami już prawie cały, więc poszczególne szczyty oglądaliśmy tylko na tablicy.  Skorzystaliśmy jednak ze zjeżdżalni. Super zabawa.
             Kolejny dzień to niedziela. Znowu bez konkretnych planów docelowych. Pójdziemy, a dokąd dojdziemy, to się okaże. Dlaczego jednak wybrałam na start Kuźnice ? Chcę sprawdzić po raz kolejny, smak szarlotki z widokiem na Kasprowy? A może mam nadzieję na coś więcej ? Może.
Już przed dziewiątą jesteśmy w Kuźnicach. Ludzi prawie żadnych. Kolejka nieczynna, a piechurów mało. Zatrzymujemy się w kaplicy sióstr Albertynek.


            Odprawiana jest akurat msza. Przed drzwiami kaplicy stoją plecaki. Oprócz dwóch sióstr i zakonnika, są tam jeszcze tylko cztery osoby. We mszy uczestniczą, jak się potem okazało jeszcze inne zakonnice, ukryte za kratą. Po mszy zaglądamy do pustelni brata Alberta i ruszamy na Kalatówki.



  
         Znowu cisza i spokój. Niewielu turystów. Kawa i szarlotka .Widoki . Po raz pierwszy spotykam w tym miejscu pasące się owce, więc ciszę przerywają dzwoneczki przewodników stada.
        Dalej idziemy do schroniska na Kondratowej Hali. Z głębi lasu dochodzą pomrukiwania niedźwiedzia. Na ścieżkę chyba nie wyjdzie, bo jest tu już spory ruch i głośno. Z pewnością bardziej się boi niż my.




         Przy schronisku czas na posiłek, odpoczynek, podziwianie widoków  i dalej w drogę.
O Giewoncie jeszcze nie mówimy, ale idziemy przez Piekło na Kondracką Przełęcz. Chociaż nie jest łatwo, idzie tym szlakiem 76 letnia babcia. I to ona nadaje tempo. Z daleka widać olbrzymiego jelenia. Lornetka przypadkowego turysty pozwala zobaczyć go lepiej. Miejscami leżą duże płaty śniegu. Jest jednak bardzo ciepło i słonecznie. Wymarzona pogoda. Wreszcie docieramy na Przełęcz. Byłam tutaj przed rokiem, ale nie miałam czasu iść na Giewont. Teraz jesteśmy tak blisko i nigdzie się nie spieszymy.




            Ta charakterystyczna góra z krzyżem na samym szczycie kusi. Wiem, że nie tylko mnie. Decydujemy się, że wchodzimy. Jak zwykle, im wyżej to ciekawsze, rozległe widoki.




           Do Wyżniej Kondrackiej Przełęczy droga jest bardzo łatwa. Trudności zaczynają się od łańcuchów. Już miałam obawy, że mi się nie uda. Ale trud się opłacił. Dobra pogoda sprawiła, że widoczność była super. Zakopane jak na dłoni. Maszt na Gubałówce jak szpilka.
Szczyty odkryły się we wszystkich kierunkach.







                No i średnia wieku na szczycie, nieprzyzwoicie zawyżona przez nas, to około 20 lat.
 Teraz trzeba jeszcze bezpiecznie zejść. Pójdziemy przez Grzybowiec do doliny Strążyskiej. Same kamienne schody. Jednak wciąż jest co podziwiać.






       
          Giewont już został za nami. Słońce zachodzi i trzeba się spieszyć. Jeszcze raz, z innej strony spoglądamy na dzisiejszy szczyt. Widzimy go w ostatnich promieniach światła.  Za chwilę będzie ciemno. Od polany Strążyskiej wracamy w zupełnych ciemnościach.




        Na szczęście na wylocie spotykamy wcześniej poznanego turystę z Krakowa, który proponuje podwieźć nas do centrum.
          Poniedziałkowy ranek znowu pogodny. Widok z okna zachęca do kolejnego wyjścia.
 


          Niestety trzeba wracać do domu. Po drodze Wieliczka i wieczór w Krakowie. I do zobaczenie w przyszłym roku. Chociaż szlaki na mojej mapce są prawie pełne, wiem, że to nie koniec. Jeszcze tu wrócę. Szlaki w Polskich Tatrach mają 350 km. Ile przeszłam, jeśli część przeszłam kilkakrotnie?

Brak komentarzy:

"Pięć Stawów. Dom bez adresu." - Beata Sabała _ Zielińska

             Książkę dostałam w imieninowym prezencie. Do życzeń Asia dodała " nie może Mahomet do góry, to góra przyszła do niego, cho...