wtorek, 23 stycznia 2018

Lepiej mało, niż wcale – wrzesień 2009 rok

           Czekanie na kolejny wyjazd było dłuższe niż poprzednio. W sierpniu minął rok, a ja ciągle czekałam. Powodem była konieczność zgrania planów urlopowych i oczywiście pogoda. Nie rozpieszczała, a ja chciałam chodzić po górach i podziwiać widoki, więc potrzebna jest do tego ładna pogoda. Wreszcie 6 września wieczorem wszystko było gotowe. Noclegi zarezerwowane, ubezpieczenie opłacone, walizki spakowane, a Asia z Karolem spali u mnie, aby rano wcześnie wyjechać. Wczesny wyjazd / planowana najpóźniej ósma godzina/ wiązał się z planami, aby po drodze „zahaczyć” o Inwałd koło Wadowic. Jest tam park miniatur architektury. Czynne codziennie do godziny siedemnastej. Zaplanowany na ósmą wyjazd miał nam zapewnić dotarcie do Inwałdu około szesnastej.
           Rano zbudziło nas piękne słońce, 


zjedliśmy śniadanie, zapakowaliśmy prowiant na drogę i ruszyliśmy. Pakując się, z dwudziesto minutowym opóźnieniem, do samochodu, Asia zauważyła brak worka. Były nawet podejrzenia, że mogłam go ze śmieciami wyrzucić . A worek, chociaż był taki do śmieci, to zawierał bardzo cenną rzecz, buty trekingowe Karola. Bez nich nie można przecież jechać. Krótkie dochodzenie, gdzie mogły one zostać, kilka telefonów i się znalazły w aucie mamy Karola. To nim, Asia z Karolem podjechali ze swojego  domu do rodziców Karola na działkę, aby stamtąd tata Karola podwiózł ich do mnie.  Było więc gdzie szukać, bo, czy zostały w domu, a jeśli nie, to kto z nimi jeździ.
          Po ustaleniu gdzie się znajdują, trzeba było tylko po nie pojechać. W ten sposób nasza podróż odbyła się nieco okrężną drogą, przez co straciliśmy Inwałd.  Nie bylibyśmy jednak sobą, nie zatrzymując się gdzieś po drodze. Wybraliśmy więc Kraków. Niewiele, bo tylko trzy godziny na spacer krakowskimi uliczkami, przywitanie się z gołębiami i Adasiem i o dwudziestej wyruszyliśmy dalej. Było już ciemno. W naszej „Annie” byliśmy, jak przyzwoitość każe, kilka minut przed dwudziestą drugą. Zakwaterowanie, łazienka i sen. Rano znajomy widok z okna zapraszał.


           Wyruszyliśmy na Słowację do Szczyrbskiego Jeziora. W planach było Popradzkie Jezioro.
Na Szosie Oswalda Balzera do Łysej Polany, o ósmej rano ruch był niewielki. Puste pobocza. Jedynym zakłóceniem były roboty drogowe i wahadłowy ruch na pewnym odcinku tej drogi. Granicę teraz przekracza się bez przekraczania. Żadnego czekania, żadnych aut, normalny ruch. Pierwsze kilometry raczej kiepską drogą, ale wkrótce pojawiły się  trochę zatarte widoki / jechałam tą drogą autobusem przed kilku laty/.
 








               
              Droga  w rejonie Tatr Wysokich, kręta i wznosząca się, doprowadziła nas do najwyżej położonej miejscowości na Słowacji. Szczyrbskie Jezioro położone jest 1346 m n.p.m. Wokół 20 hektarowego jeziora hotele i sanatoria. Pierwsze powstały zaraz po I wojnie światowej. W 1896 roku nad samo jezioro doprowadzono linię parowej kolejki zębatej. Dzisiaj kursuje tu tzw. elektryczka.






                   
           Jeszcze tutaj wrócę. Zostało jeszcze sporo do zwiedzenia. Tym razem podeszliśmy drogą pod skocznie. Tutaj czwórka zagubionych turystów pytała o drogę na Rysy. Trzech chłopaków i dziewczyna. Bez właściwego obuwia, cienkie odzienie.  Skromne plecaki u dwójki z nich nie wskazywały, aby odzież była w środku. Nie sadzę też, aby mieli coś ciepłego do picia lub do jedzenia. Była godzina jedenasta.
             Pokazaliśmy im na mapie jak prowadzi droga i sami udaliśmy się w tą samą stronę. My jednak nie mieliśmy w planach Rysów. Różnica poziomów dla nas to zaledwie 149 m, a cel to Popradzki Staw. W sam raz na pierwszy dzień.


       Początkowo spacer leśnym traktem, grzejące słoneczko, nic tylko oddychać pełną piersią i podziwiać uroki natury.
     






















          Chwilami słońce się chowało, a szczyty otulał gęsty tuman mgły.




 
             Kiedy doszliśmy do jeziora zrobiło się nawet zimno. Zastanawialiśmy się, jak radzą sobie zdobywcy Rysów. Popradzki staw ma tylko 6,25 ha. Ponoć są w nim pstrągi. W schronisku trochę ludzi, ale w porównaniu do tego co jest u nas, to prawie nic. Niezbyt komfortowe WC za 0,40 euro nie zachęciło nas do biesiadowania w środku schroniska. Na tarasie stoją stoły i ławy w sam raz dla dla takich jak my. Swoje jadło, z termosu gorąca herbata i widok na jezioro. Pychota.






 
          Dalej planowałam pójść do cmentarzyka pod Osterwą, ale Asia marudziła. Ostatecznie jednak poszliśmy.  Droga wokół jeziora prowadziła  pod Osterwą do miejsca szczególnego. Na blokach skalnych przytwierdzone około 200 tablic upamiętniających ludzi, którzy zginęli w górach. Jest tam około 50 tablic dotyczących Polaków np. Klimka Bachledę.  Po środku kapliczka oraz liczne drewniane etniczne krzyże.
          Symboliczny Cmentarz Ofiar Gór pod Osterwą  położony jest na wysokości 1523 m n.p.m. w Dolinie Złomisk.























            Idąc dalej, po chwili wychodzi się z lasu na asfaltową drogę prowadzącą do przystanku elektryczki. Tam też poszliśmy. Już idąc naokoło jeziora, mieliśmy towarzystwo.  Hałaśliwi Niemcy emeryci towarzyszyli nam aż do asfaltowej szosy.







           
        Na trasie, trudno mówić o podziwianiu, taki oto widok. 



          
         Liczne wiatrołomy i zniszczenia drzewostanu po owadach. Słychać odgłosy pił i ciągników wywożących drewno.
        Od stacji elektryczki Popradskie Pleso do Strebskie Pleso, jeden przystanek, podjechaliśmy kolejką. Przejazd wiedzie pod górę z licznymi zakolami, często krzyżując się ponad drogą pieszą. To był plan na pierwszy dzień pobytu. Wracamy do Zakopanego. Wyjazd z parkingu do głównej drogi niestety niezbyt dobrze oznakowany. Nie tylko my zastanawialiśmy się jak do niej dotrzeć. Również na dalszej drodze, w Starym Smokowcu brak oznakowania na skrzyżowaniu. Jest tablica kierująca do Bielskiej jaskini, ale nie ma że, do Łysej Polany. Pełni wrażeń z minionej wycieczki, pojechaliśmy więc drogą z pierwszeństwem przejazdu do……Nowej Leśnej. Mamy więc nowe , zupełnie niezamierzone ujęcie Łomnicy .
                                  

          Ponieważ godzina nie była jeszcze późna zatrzymaliśmy się w Tatrzańskiej Łomnicy , mając nadzieję, że może uda nam się wjechać na szczyt. Kasy czynne są do siedemnastej, niestety pomimo że jeszcze nie była,  wszystko było już pozamykane. Pozostało jedynie spojrzenie w kierunku…. i odjazd do Zakopanego.







         Dalsza droga była bez jakichkolwiek zakłóceń, pomimo że moja nawigacja przysnęła. Podjechaliśmy jeszcze na Wierch Zgorzelisko, skąd zimą młodzi śmigali na nartach do Małego Cichego.
      



         Jeśli ktoś jest pierwszy raz w górach, chciałoby się pokazać mu wszystko co najładniejsze. Czasem jednak trudno wybrać . Asia postanowiła pokazać panoramę , 50 szczytów i 50 przełęczy, widoczną z Rusinowej Polany. To był plan na drugi dzień. Nawet mi to odpowiadało, bo stamtąd mogłam iść nowym jeszcze nieznanym szlakiem. Busem podjechaliśmy do Zazadni i Doliną Filipka poszliśmy na Wiktorówki.



 
              Była tam jakaś grupa pielgrzymkowa. Najstarsza uczestniczka miała ponad siedemdziesiąt lat. Chwila na zadumę i na wspomnienia. Byłam tam po raz trzeci. Zawsze wspominam mszę w dniu 15 sierpnia. Wśród pamiątkowych tablic, upamiętniających ludzi którzy zginęli w górach, przybyła nowa. Kiedy w sierpniu 2007 roku byliśmy w Dolinie Gąsienicowej, w kierunku Koziego Wierchu leciał helikopter . Potem dowiedzieliśmy się, że jakiś turysta spadł. To był on, Bartłomiej Świderski , 19 lat, zginął na Kozim Wierchu. Jego tablica jest przy kaplicy na Wiktorówkach. Góry są piękne, ale i tragiczne.






          Po krótkim odpoczynku poszliśmy na Rusinową Polanę. Przywitało nas tam, muzyką dzwoneczków, stado owiec. Nie obyło się więc, bez sesji zdjęciowej. Takich widoków z owcami jest już w Tatrach niewiele.






 



      Upragniony widok z polany, nie spełnił w pełni oczekiwań. Niezbyt przejrzyste powietrze, trochę mgieł, nie pozwoliło cieszyć się oczekiwanym  widokiem. Pomimo, że było ciepło i  słonecznie.







                                   
        Zatrzymaliśmy się tutaj na posiłek, odpoczynek w słońcu, a może i kontemplację. I tym razem, ludzi było niemało. Popatrzyliśmy tylko w stronę Gęsiej Szyi


.i poszliśmy czarnym szlakiem na południe. Początek szlaku bardzo łagodny, przez las


 
 
        do Waksmudzkiego Potoku i dalej w górę.







   
          Kiedy szłam tutaj ostatnio, pomimo że był początek maja, to leżał śnieg. Teraz trasa miejscami przybierała bajkowe krajobrazy. Zaczarowana polana, domki dla krasnoludków itd







      
         Poruszała wyobraźnię i snuliśmy bajki. Były nawet domki z weluksem, ratusz itd. To urocze, że pomimo dorosłości stać nas na to.
         Kawałek drogi za Polaną pod Wołoszynem jest drogowskaz.


        Wybieramy czerwony szlak do Waksmudzkiej Równi. Dla mnie nowy. Jest to historyczny szlak łączący dawniej Jaszczurówkę z Wodogrzmotami Mickiewicza. Droga dosyć uciążliwa i monotonna. Przez las. Na pewnym odcinku trochę się odsłoniła. Widać zniszczenia po szkodnikach i liczne czerwone jarzębiny.







        Dalej znowu pod górę. 



            Trud bez nagrody. Chociaż może była. W momencie, kiedy zza lasu widoczne były szczyty, zniknęła mgła.



          Po dojściu do skrzyżowania szlaku z zejściem z Gęsiej Szyi, znak informuje o kierunkach: do Wodogrzmotów, na Gęsią i Halę Gąsienicową. Niektórzy spotkani turyści mieli w związku z tym obawy, że, aby dotrzeć do szosy trzeba pokonać kolejne niebagatelne wzniesienia. Dla nas było to miejsce posiłku. Co prawda trudno było znaleźć suche miejsce, aby usiąść, ale kto szuka…. Karol, stwierdził też, że wcale nie chce mu się jeść. Jednak kanapka, gorąca herbata, czekolada dodają sił. Ostatnie spojrzenie za siebie


      i przez Psią Trawkę , do domu.  Wiem już, że busa można zatrzymać na trasie, więc nie podchodzimy do przystanku. Inni biorą z nas przykład. Wysiadamy przy Imperialu. Kolejny dzień zaliczony z powodzeniem. Wieczorem jednak nad górami pojawiają się gęste mgły. Mamy nadzieję, że do rana miną.



         Jadąc busem do Zazadni, zastanawiałam się dokąd jadą panie w klapkach. Z dyskusji wynikało że, do Morskiego. Z internetu wiedziałam, ze droga do Morskiego jest zamknięta. Nie wyobrażałam sobie, aby te panie w takim obuwiu i z takim wyposażeniem / torebeczki/ przeszły przez Pięć Stawów. Nawet ja nie czułabym się na siłach, aby pokonać podwójnie drogę przez Piątkę / zajść i wrócić/ Kierowca busa poinformował jednak, że droga jest otwarta. Na trzeci dzień planujemy więc Morskie. Karolowi trzeba pokazać perełkę.
          Rano jedziemy do Palenicy Białczańskiej. Przed wjazdem na parking młodzi ludzie informują o sytuacji, potwierdzającej moją wiedzę na temat drogi. Tylko górą. Zawracamy więc i jedziemy znowu na Słowację. Co prawda na słowacką wyprawę powinniśmy się lepiej wyposażyć w prowiant, ale nie jest źle. Wiem jak iść do Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Znaną nam już trasą podjeżdżamy do parkingu Biała Woda. Popatrzymy na Łomnicę.



           Dalej prosta trasa, zresztą rowerowa.



          Tylko, że ja nie wyobrażam sobie tam jazdy rowerem, nawet górskim. Wg mnie wyczyn nie lada. Początek jak najbardziej, ale potem luźne kamienie, miejscami ostro pod górę.


        Chociaż, byli tacy co jechali. Szło się dobrze. Ciepłe słoneczko, las, szum strumienia po prawej. Ludzi niezbyt dużo, więc to czego mi brak. Spokój. Najpierw co pół godziny tablice informacyjne, ławki i wiaty. Po przejściu połowy drogi postanowiłam, że przy kolejnych ławach zatrzymujemy się aby zjeść, Wszyscy już wygłodnieliśmy, niestety ten następny przystanek miał nie nadejść. Pomogła sucha kromka chleba, bo tym razem zabraliśmy jedzenie do przygotowania. Zaczynały się pokazywać odkryte góry, więc i nadzieja że chyba z głodu nie umrzemy.  Im dalej, tym ciekawiej. Z przodu odsłaniały się widoki szczytów otaczających Zielony Staw, z prawej Tatry Bielskie,  Jastrzębia Turnia, Jagnięcy Szczyt, Jatki. Uroku dodają liczne limby, brzozy i jarzębiny. W dole po prawej płynie Zielony Potok.


















 




             I wreszcie cel naszej wyprawy w całej okazałości. Oglądałam go wielokrotnie na na rożnych górskich fotografiach . Były inspiracją i zachęta. Teraz sama tam doszłam. Jakiś uprzejmy Słowak robi nam wspólne zdjęcie. Ludzi się trochę nazbierało. Znacząca przewaga młodych. Plastrują poobcierane nogi. Karol też ma problemy. Dokupujemy jedzenia, posilamy się, odpoczywamy. Obejdziemy dookoła jezioro. Trzeba zrobić zdjęcia. Widoki są urocze. Jezioro, jak mówi nazwa jest zielone. Super.







       
       W górze widać srebrne niteczki spadającego strumienia, rozłożyste piargi i pionowe, gołe niedostępne szczyty, przeglądające się w szmaragdowo turkusowej wodzie jeziora . Swoje odbicie ma w nim też schronisko. Tutaj, po raz pierwszy spotkałam w górskim jeziorze łachy piasku. Jak gdyby wysychało.
                             










     Nasyciwszy się widokami, wracamy, chociaż szkoda, bo wyżej ….
Nie będę już nikogo denerwować i kusić.  Pokonaliśmy  różnicę wysokości 626m. Zielony Staw Kieżmarski leży ukryty wśród gór na wysokości 1.551m n.p.m. Szliśmy z prędkością ściśle mapową, a wracaliśmy nawet szybciej. Dobry wynik. Szkoda tylko , że Karol z tych wypraw wynosi wrażenie, że Słowackie są ciekawsze. Przy szosie stoją od rana handlarze grzybów. Nawigacja chwilami przysypia. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze, aby robić zdjęcia. Nie tylko ja, Karol też. Asia analizuje widoki. Wypatrzyła w kształcie góry twarz leżącej dziewczyny.

 
         Ostatni dzień ma być bardziej lajtowy. Zakupy. Leczenie odcisków. Młodzi chcą zobaczyć kolejny stok narciarski, gdzie byli zimą. Wybieramy się więc przez Poronin do Czarnej Góry.  Latem wszystko pozamykane na siedem spustów. Można co najwyżej posiedzieć na ławeczce wyciągu.


             Wracamy  w kierunku Łysej Polany. Z drogi można podziwiać panoramę.  Przejrzystość powietrza znowu niezbyt dobra, ale dobre i to. Przecież mogłoby nic nie być.





         Dalej Drogą Balzera do Zakopanego. Na odcinku robót drogowych, jazda z prędkością do 30 km na godzinę i nagle stoi przy lewej szybie samochodu ….jeleń.


          Słychać wielkie bum, i już jeleń znika w lesie po drugiej stronie. Karol nawet nie zdążył go zauważyć. Tylko ja z Asią go widziałyśmy. Wielki był. I niebezpieczny. Trochę uszkodził samochód. Trzeba było klepać po powrocie do domu.



          Zamiast martwić się o auto, zachwycaliśmy się, jaki on był piękny. Jeszcze nigdy nie spotkałam tak blisko jelenia. Dzieliła nas tylko karoseria samochodu. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Auto też bardzo nie ucierpiało. Dalej były skocznie. Wjechaliśmy do góry. Trzeba mieć odwagę, aby skoczyć z góry na nartach.




      
         Potem Krzeptówki…..













     
              i Pęksowe Brzysko.



 
 


          Byłam już tutaj tyle razy, a zawsze odkrywam  coś nowego. Tym razem na cmentarzu zauważyłam, że są dwa pomniki Jana Pęksy- fundatora cmentarza.
 

 i

       Jan Pęksa                   i              Jan Pęksa- Mielorz
1819 – 1878                                      1822 – 1878
Fundator cmentarza                         Fundator cmentarza 1848
 powstaniec Chochołowski                  powstaniec Chochołowski

       Nigdy nie słyszałam, że było dwóch. Muszę poszukać i się dowiedzieć co to za historia.
     Potem Asia z Karolem zajęli się swoimi sprawami, a ja spacerowałam uliczkami Zakopanego. Kasparusie,  ”Atma”. Szymanowski nie grał, ale w jesiennych kolorach była piękna. Tam zawsze jest taki spokój, jak nigdzie.








     
           Jedyne co mi się teraz nie podoba, to przejście podziemne pod Nowotarską. Wiem, że tak jak było poprzednio, ciągłe korki, było nie do zniesienia i niebezpiecznie dla pieszych, ale teraz jest okropnie. Skwerek na miejscu Redykołki jest ładny, ale sama architektura podziemnego przejścia, moim zdaniem nie.


        Ostatnie kroki jak zwykle na bazar. Zakopiańskie przekupki zapraszają, aby spróbować sera. Właśnie po niego tutaj przyszliśmy. Rarytas, bez którego z gór wracać nie wypada.


           Rano, góry zakryte były gęstą mgłą. Pochmurne niebo niezbyt zachęcało do wypraw. Dzięki temu nam było łatwiej odjeżdżać. Żegnajcie góry, za rok znowu wrócę.
          W drodze powrotnej pojechaliśmy do Inwałdu i na zamek w Pszczynie. Do domu wróciliśmy parę minut przed północą.
         Już w drodze, z wiadomości podanych przez radio, dowiedzieliśmy się, że około siedemnastej nad Tatrami przeszła gwałtowna burza. Na Giewoncie piorun śmiertelnie ranił turystę. Drugi zginął od pioruna na Płaczliwym Rochaczu. Trzeci turysta rażony piorunem w okolicy Wołowca, cudem uniknął śmierci . W górach nie ma żartów. Tutaj uczy się człowiek pokory, co nie pomniejsza mojego zachwytu dla ich piękna.

Brak komentarzy:

"Pięć Stawów. Dom bez adresu." - Beata Sabała _ Zielińska

             Książkę dostałam w imieninowym prezencie. Do życzeń Asia dodała " nie może Mahomet do góry, to góra przyszła do niego, cho...