poniedziałek, 22 stycznia 2018

Czternaste spotkanie - 2007 rok


      Tym razem wszystko było inaczej. Podróż jako pasażer, bez Asi. Jednak przede wszystkim inne góry, bo wiosenne, jeszcze ośnieżone i z nadzieją na krokusy. Założyłam, że wiele miejsc będę powtarzać. Komuś, kto dotychczas nie chodził po górach, chciałam pokazać najciekawsze miejsca. Jesienią, zachęciłam do wędrówek pokazując Morskie Oko i Dolinę Kościeliską ze Stawem Smereczyńskim. Tym razem zaczęło się 29 kwietnia . Na miejscu byliśmy jak zwykle wieczorem. Było już ciemno. Ranek powitał nas słoneczny, a góry widoczne z okna naszego pokoju zapraszały.


          Ruszamy więc na wycieczkę.  Z busa wysiedliśmy przy szosie do Chochołowa i ścieżką przez Polanę Biały Potok dotarliśmy do wlotu do Doliny Lejowej. Powitało nas tutaj stado pasących się owiec. Co krok, napotykaliśmy też kwitnące żółte pierwiosnki oraz inne kwiaty, których nazw nie znałam.


Z Doliny Lejowej wyłaniał się widok ośnieżonych gór. W zacienionych miejscach leżały resztki śniegu.


                 Dalej ścieżką nad reglami, i przez Kominiarski Przysłup doszliśmy do Doliny Kościeliskiej. Żadnych ludzi, cisza i tylko śpiewy ptaków.  Słychać było szum wiatru. Dopiero po wejściu do Kościeliskiej ten czar prysł. Tutaj zaroiło się od ludzi. Na dalszym szlaku nad reglami w kierunku na Miętusi Przysłup, ludzi również było sporo. Na Miętusim słońce przygrzewało już dosyć mocno. Niektórzy robili sobie zrobić nawet drzemkę. Ale przede wszystkim należało sycić się widokami.



       Na początku ścieżki z Miętusiego na Małomączniak, krzyż papieski. 


   My poszliśmy do Rówienek /Wielka Polana/ w Dolinie Małej Łąki.




              Z tej ścieżki, Giewont wygląda inaczej. Ja wspominałam i spoglądałam na szlak, który przeszłam jesienią.


            Z tego miejsca, Doliną Małej Łąki doszliśmy do szosy i busem do Zakopanego. Po zjedzeniu posiłku mieliśmy jeszcze dość sił, aby pieszo iść na Pardałówkę, do naszego pensjonatu Anna.
           Następnego dnia zaplanowałam Rusinową Polanę i piękną panoramę z niej widoczną. Planowałam dojechać do Palenicy i stamtąd dojść do Rusinowej. Nie uwzględniłam jednak, że był to 1 maj i istny najazd na Zakopane. Korki zaczęły się już w mieście. Kierowca busa znalazł sobie wiadome objazdy, aby dojechać do drogi Oswalda Balzera, ale tutaj też co chwilę staliśmy. Komunikaty, które otrzymywał, mówiły, że dalej jest jeszcze gorzej. Wszyscy jechali do Morskiego. Szybka decyzja i wysiedliśmy w Zazadni . Stąd Złotą Doliną do Wiktorówek / niebieski szlak/. Droga prowadziła przez las.   Było dosyć chłodno, ale powietrze rześkie, cisza, szum drzew, ptaki. Dzięki zmianie planów po drodze zaliczyliśmy Wiktorówki i kaplicę Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Gór. Było tutaj trochę ludzi, ale w porównaniu do 15 sierpnia, to niewiele.
 


             Na Rusinowej wiosna, ale wysoko w górach jeszcze widać było zimę.

  
               Popatrzyliśmy w kierunku Gęsiej szyi, ale poszliśmy szlakiem przez polanę pod Wołoszynem, do Wodogrzmotów .  W okolicy Waksmundzkiego potoku było jeszcze sporo śniegu, ale na polanie pod Wołoszynem tylko niewielkie resztki.





 
          Dalej czerwonym szlakiem do Wodogrzmotów z widokiem na Tatry Słowackie , Gerlach w centralnym punkcie i znane mi już miejsce , Wielka Polana w Dolinie Białej Wody.
    



                  Trochę kilometrów przeszliśmy, jeszcze powrót asfaltówką do Palenicy i bus do Zakopanego. Z drogi wciąż widać Tatry Słowackie. Z  Zakopanego wracaliśmy do „Anny” piechotą.
Trzeci dzień miał być bardzo relaksowy. Trajkotkiem Rakoń do Polany Huciska w Dolinie Chochołowskiej, dalej spacer do schroniska.


           Szczyty w śniegu, na drodze, miejscami również było go jeszcze sporo, rwący potok i wiosna – kaczeńce, pierwiosnki i oczywiście krokusy. Najwięcej na Polanie Chochołowskiej.




            Przy schronisku znowu tłumy. Można się było poopalać. Słońce grzało mocno. Powrót tą samą trasą,……


…….a wieczorem, w Gazowej Kuźni, muzyka góralska na żywo.

            Kolejnego, dnia miał być Kasprowy. Na górze były jeszcze dobre warunki narciarskie. Zatem Kasprowy, śnieg, i oczywiście wjazd kolejką. Po przybyciu do Kuźnic ogarnęło nas przerażenie. Kolejka do kolejki na 5- 6 godzin czekania. Były to ostatnie dni funkcjonowania kolejki linowej przed remontem. Dodatkowo 3 maj i cd. najazdu. Podjęliśmy decyzję, że idziemy. Ponieważ w ub. roku wracaliśmy przez Jaworzynkę, a przez Boczań szłam bardzo dawno, dla odświeżenia pamięci wybrałam tą drogę. Od początku było ostro pod górę
      Punkt widokowy, z widokiem na Giewont i Kalatówki, był miejscem odpoczynku dla wszystkich idących w górę.



             Dalej droga przez Skupinów Upłaz, skąd obserwowałam teraz trasę z letniego pobytu -Nosal – Polana Olczyska – Kopieniec, a dalej Dolinę Jaworzynki.


              Na przełęczy miedzy Kopami kolejny ”popas” i obserwacje . 


           Im wyżej , tym coraz więcej śniegu.





             W Murowańcu, zakończyliśmy podchodzenie w górę. Było zbyt dużo śniegu, aby bez odpowiedniego sprzętu iść dalej.
             Wracaliśmy Doliną Suchej Wody do Psiej Trawki i dalej do szosy do Brzezin. Było tutaj nadspodziewanie dużo śniegu, pewnie dlatego, że droga wiodła przez las. Trasa ta jest bardzo łatwa w porównaniu do Jaworzynki czy przez Boczań.
             Na Kasprowy jeszcze nie wchodziłam tylko przez Myślenickie Turnie. Pozostało do zrealizowania.
              Dzień piąty rozpoczęliśmy przy rondzie kuźnickim, dalej przy skoczniach , poszliśmy do doliny Białego.








         Trochę się trzeba było natrudzić, aby dojść do ścieżki nad reglami, a następnie do Czerwonej Przełęczy. Stąd na Sarnią Skałę droga jest już łatwa, a widok z niej wspaniały.



              Wracaliśmy Doliną Strążyską. Sarnia została za nami. Wygląda stąd groźniej niż jest naprawdę. Na polanie , przy szałasach, prawie nie było ludzi. W szałasowym bufecie serwują tutaj, smaczne gorące dania. Na zimno, które się zrobiło, były one w sam raz.


              Pomimo pięciu dni wędrówek, wciąż mieliśmy jeszcze siły na dalsze, niestety pogoda już nie pozwoliła. Od rana padało i było mglisto. Widok z Gubałówki na miasto był jeszcze znośny, ale góry były zakryte.



               Zjeżdżalnia grawitacyjna była nieczynna. Pozostało Zakopane. Krupówki, regionalne knajpy, ostatnie oscypki. Spacer, aż do ronda kuźnickiego….



…..i powrót do domu.
Na razie do pensjonatu, ale następnego dnia do miejsca stałego zamieszkania. Zresztą słońce już zachodziło i urlop się kończył.


                  Był to kolejny, udany pobyt. Na mojej mapie przybyło nowych szlaków, a stare zobaczyłam w nowej szacie. Było pięć dni wspaniałej pogody, szóstego się popsuła. Może dlatego, aby nie było żal wyjeżdżać.

          Dla porównania widok z balkonu pierwszego  dnia i w dzień odjazdu.



            A oto podsumowanie moich dotychczasowych wędrówek w Tatrach na mapie szlaków.



Brak komentarzy:

"Pięć Stawów. Dom bez adresu." - Beata Sabała _ Zielińska

             Książkę dostałam w imieninowym prezencie. Do życzeń Asia dodała " nie może Mahomet do góry, to góra przyszła do niego, cho...