poniedziałek, 22 stycznia 2018

Góry jesienią - 2006 rok.

     Minęły dwa miesiące od poprzedniego pobytu i zupełnie niespodziewanie nadarzyła się okazja, aby znowu pojechać.
             Trzydniowe szkolenie plus dwa dni urlopu, plus sobota – prawie cały tydzień. Decyzję podjęłam bez zastanawiania się. To miał być jednak zupełnie inny pobyt niż dotychczas. Góry jesienią i no i po raz pierwszy bez Asi.
              Do Krakowa pojechałam nocnym pociągiem. Rano o 6:10 siedziałam już w autobusie do Zakopanego. Było jeszcze zupełnie ciemno. W okolicy Myślenic zaczęło się rozwidniać. Wschodzące słońce, a w dolinach białe mgły. Widok jak na obrazie.
              Kiedy dojechaliśmy do Zakopanego słońce świeciło już w pełni. Na szczytach leżał śnieg. Bielą pokryta była też ziemia. To był szron. Zapowiadał się cudowny dzień. Potrzebowałam godzinę, aby dotrzeć na Pardałówkę do pensjonatu „Pod czarnym borem”, zjeść śniadanie, przebrać się i wyruszyć na szlak .
              Od skrzyżowania przy Imperialu / hotel/ , przez kuźnickie rondo, przy skoczniach poszłam do Doliny Białego. Już na tym krótkim odcinku było zupełnie  inaczej. Było zimno, wręcz mroźnie, ale powietrze było czyste, świeże. Przede wszystkim było jednak pusto. Żadnego ruchu, żadnych aut na parkingach, pojedynczy ludzie.
            W dolinie podobnie.  W miejscach, gdzie nie dochodziło słońce, ziemia pokryta była szronem.
    




             Ścieżkę pokrywały opadłe liście. Wszystko to było grą kolorów i cieni. Po przejściu doliny poszłam czarnym szlakiem nad Reglami w kierunku Kalatówek. Z punktu widokowego / mniej więcej w połowie drogi/  rozciągał się wspaniały widok na wysokie Tatry. Błyszczały w słońcu przyprószone śniegiem. Doskonałe miejsce na gorącą herbatę i kanapkę.
 

               Kilka słów ze spotkaną parą młodych ludzi i dalej w drogę. Po raz pierwszy chodziłam sama i było cudownie.
              Stąd, polanę Kalatówki fotografowałam nie tylko ja.


              Przy hotelu były pojedyncze osoby i cisza, której  nikt nie zakłócał głośnym zachowaniem.



               Spod hotelu na Kalatówkach wysyłam sms’y do bliskich osób -” czy wiesz jak smakuje kawa i szarlotka na gorąco z widokiem na Kasprowy” - bo, czy wiedzą?   Widać, że to jesień, ale jest piękna.
                Po drodze zboczyłam do klasztoru ojców Albertynów.  Jest to z pewnością odpowiednie miejsce do kontemplacji.


        Drugiego dnia wyruszyłam już o ósmej godzinie. Przy dworcu nie było busów. Te pojedyncze odjeżdżały teraz zgodnie z rozkładem jazdy. W tym, do doliny Chochołowskiej, kiedy ruszał, siedziałam sama.
       W drodze przez Kościelisko dosiadły cztery osoby – młodzi goprowcy. Wszyscy wysiedliśmy w Kirach. Razem ruszyliśmy Kościeliską. Było bardzo zimno, biały szron pokrywał ziemię i oprócz nas nie było nikogo. Cisza i spokój. Zanosiło się na cudowny dzień.



               Nie wiem dokąd szli młodzi goprowcy, bo ja na wysokości Cudakowej Polany zboczyłam na czarny szlak nad Reglami . Słońce było coraz wyżej.
            Na Miętusim Przysłupie / 1.189m n.p.m./ przygrzewało już tak, że można było posiedzieć na krótkim rękawku. Posiedzieć , słuchać ciszy i podziwiać widoki.
  


             Zastanawiałam się, który ze szczytów to Ciemniak. Byłam blisko niego przed rokiem. Dalej poszłam w kierunku Wielkiej Polany w Małej Łące.



            Wąska ścieżka wśród drzew i wyłaniające się szczyty, skończyła się dokładnie „ u bram „ Wielkiej Polany. Latem były tu tłumy, teraz oprócz mnie, tylko jeden turysta idący w przeciwna stronę. Była jedenasta godzina. Przecież nie będę już wracała. Przejdę Polanę i pójdę dalej, potem najwyżej zawrócę. W zacienionych miejscach, ziemia była zmarznięta i nadal oszroniona, ale szło się lekko, lepiej niż latem. Stąd widać już krzyż, a za mną miejsca z których przyszłam.



                 Na Kondracką Przełęcz /1.725m n.p.m./ dotarłam bez trudu, poszłabym wyżej, na Giewont tylko pół godziny drogi, ale dzisiaj rozpoczyna się szkolenie, muszę wracać. Najpierw rozejrzę się naokoło – Siodło, Kondracka Kopa, Giewont, Kondratowa Dolina .
 




            Schodzę na Kondratową, do schroniska , a potem do Kuźnic.


              Musimy poprosić wykładowcę, aby skomasował zajęcia i skrócił czas szkolenia. Słoneczna, piękna pogoda zaprasza na wędrówki.
              Tak też się stało. Szkolenie udało się skrócić, wykorzystując do maksimum czas zajęć. Zyskaliśmy jeden dzień. Drugiego dnia wolne było popołudnie, więc można było się wybrać gdzieś niedaleko. Wybrałam Kiry i Kościeliską na Polanę na Stołach /1.417m n.p.m./. Giewont widoczny z jeszcze innej strony.
 






                Tam dalej mieszkają niedźwiedzie – wstęp wzbroniony. A ja od dzisiaj mam towarzystwo. Ponownie przeprowadzam się „Pod czarny bór”. Wieczór spędzamy w Gazowej Kuźni – regionalna góralska knajpa, grają w niej miejscowi górale .
               Co zaproponować komuś, kto po raz pierwszy wybrał się w Tatry? Wybrałam Kościeliską i Smereczyński Staw. To był program na kolejny jesienny dzień.
 




             Spacer Kościeliską zakończony kawą przed schroniskiem na hali Ornak. Wokół pustki. Pojedyncze osoby, szkoda tylko że, równie głośne jak letni tłum.


            Aż trudno uwierzyć, że może być tutaj tak pusto. Miałam więc nadzieję, że nad Smreczyńskim zakosztuję ciszy i majestatu tego miejsca, niestety tam również była jakaś hałaśliwa grupa . Tym razem nie młodzieży, ale emerytów. Nawoływania jak na targu. Za takie zakłócanie spokoju powinno się karać.



           Pomimo to, melancholia i nostalgia bije z tego górskiego jeziora. Miło było posiedzieć w promieniach jesiennego słońca. W tafli wody jak w lustrze przeglądają się lasy i szczyty go otaczające.
        Wieczorem jeszcze raz odwiedzimy Gazdową Kuźnię, posłuchamy
góralskiej muzyki, zjemy smażonego oscypka, a może coś innego regionalnego. Jutro trzeba wracać do domu.
            Jednak szkoda już wyjeżdżać. Pogoda znowu dopisała przez wszystkie dni. To prawie nadmiar szczęścia w tym roku. Należy to wykorzystać. Decydujemy, że wyjedziemy po południu, a przedtem wybierzemy się do Morskiego Oka. Może, aby przyspieszyć podjedziemy wozem?  Dojazd do Palenicy bez korków. Parking pusty.
           Tym razem mała ilość turystów wcale nam nie sprzyjała. Wóz ruszy dopiero jak będzie komplet. Szkoda czasu na czekanie, więc idziemy.
    


         Jesienne wodogrzmoty,  Mnich,  stawki,  Morskie Oko.


  


           Byłam tu już tyle razy, ale nigdy nie było tak pusto. Co znaczy "po sezonie". Zmieniły się też barwy, czyli to samo, ale inne.  Nad szczytami zaczynają zbierać się chmury. Pogoda się zmieni.


           Musimy wracać. Jeszcze po drodze trzeba kupić oscypki i czeka nas długa droga do domu. Ja z pewnością wrócę tu znowu za rok, a może jednak prędzej. Kiedy? Powiedzmy w przyszłym roku.


Brak komentarzy:

"Pięć Stawów. Dom bez adresu." - Beata Sabała _ Zielińska

             Książkę dostałam w imieninowym prezencie. Do życzeń Asia dodała " nie może Mahomet do góry, to góra przyszła do niego, cho...